Silva rerum

Morcinek domowy2013-12-23

Kategoria: Aktualności

10 grudnia w Bibliotece Śląskiej w Katowicach odbyła się okolicznościowa konferencja poświęcona Gustawowi Morcinkowi. Pierwsza część zatytułowane: Nowe odkrywanie Morcinka poprowadziła prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz. Wygłoszone zostały referaty: dr Lucyny Sadzikowskiej: Morcinek mistycyzujący, potem mówiłam o Morcinku domowym , dr hab. Katarzyna Tałuć wygłosiła referat: Morcinek turystyczny, dr Katarzyna Bereta - Morcinek socrealistyczny, dr Beata Langer - Morcinek folklorystyczny, Marek Mikołajec - Morcinek całkiem inny.

Gospodarzem drugiej części – Trudne rozmowy o Morcinku był prof. Jan Malicki. W interesującym panelu dyskusyjnym wzięli udział profesorowie: Helena Synowiec, Krystyna Heska-Kwaśniewicz, Jacek Lyszczyna, Andrzej Gwóźdź oraz dr hab. Anna Gomóła, red. Tadeusz Kijonka, Halina Szotek (była dyrektor Muzeum im. Gustawa Morcinka w Skoczowie) oraz gość honorowy - arcybiskup senior dr Damian Zimoń.

O konferencji pisali m. in.

http://www.us.edu.pl/okolicznosciowa-konferencja-zwiazana-z-50-rocznica-smierci-gustawa-morcinka-0

http://wiadomosci.ox.pl/wiadomosc,25162,morcinka-wciaz-odkrywaja.html

zamieszczona fotografia pochodzi z Archiwum Biblioteki Śląskiej

Fragment mojego referatu: Morcinek domowy

Od pokoleń najpiękniejszym krajem na świecie jest nadolziańska ziemia także dla mojej rodziny, w większości wywodzącej się z Zaolzia. Moja prababcia, która miała na imię tak jak matka Gustawa Morcinka – Marianna – urodziła się w Karwinie, tam spędziła dzieciństwo i młodość. Stareczka – tak mówi się u nas o babci i prababci – Morcinka pamiętała ze szkoły. Wspominała o tym, że tam, skąd Gustlik od Morcinkuli czerpał pierwowzory swoich bohaterów, ze świata ludzi z mozołem walczących z biedą i trudnym życiem, i ona pochodziła. Mawiała, że Gustlik był bardzo zdolny, umiał więcej, niż inne karwińskie dzieci.

Ze szczególnym wzruszeniem czytam fragmenty książek Gustawa Morcinka poświęcone matce. Jej życie, sposób bycia, wyeksponowane w powieści „Po kamienistej drodze” budzą skojarzenia z moim domem rodzinnym. Obie moje babcie i prababcie należały do ubogich rodzin i doświadczyły prawdziwej biedy. Podobnie jak Marianna Morcinkowa, musiały pracować nieraz ponad siły. Pamiętam, że wiele razy prababcia i babcia mówiły o ciężkiej pracy „na pańkim” i o służbie u bogatych gospodarzy. Z wielkiej karwińskiej biedy wywodziła się Marianna z domu Siuda. Życie jej nie oszczędzało. Urodziła dziewięcioro dzieci, przeżyło tylko czworo. Pozostałe umierały w dzieciństwie „Dostały żyrke (zapalenie wyrostka robaczkowego) i nie było rady” – opowiadała spokojnie, bez egzaltacji.

Zapracowana i ciągle zagoniona była też babcia, która musiała od najmłodszych lat o wszystko walczyć. Pochodziła z biednej rodziny, wcześnie poszła na służbę. Nauczyła się i „chodzić kole gospodarki” i dobrze gotować. Jako młoda panienka, zobaczyła kawał świata, była nawet w dalekim Krakowie, a wszystko to dlatego, że miała posadę bony do dzieci u bogatych ludzi. W końcu wyszła za mąż za „ogrómnie dobrego człowieka” i gospodarowała z trudem wiążąc koniec z końcem.

Krzątanina babci i prababci, „chodzyni koło gospodarki”, była czymś naturalnym i zwyczajnym. Po latach dopiero, już jako dorosła osoba, zrozumiałam, na czym polegał heroizm życia ludzi, którzy w dzieciństwie mnie otaczali. Prababcia już wtedy nie żyła. Przyglądałam się spracowanym, szorstkim rękom mojej babci; zauważyłam, ze często chodzi boso, a na specjalne okazje przeznaczone były buty – szerokie, męskie, bo noga nie zmieściłaby się do innych. Jej dłonie „urzekły mnie” tak, że za swoje mogłabym przyjąć te refleksje, które stały się udziałem Karlika powracającego po latach do domu: „Gdy zaś otworzyłem oczy, ujrzałem jej dłonie w słońcu. Urzekły mnie i wtedy po raz pierwszy spostrzegłem, że to są najpiękniejsze dłonie na świecie”.  Dłonie te były „znużone, pomięte, spracowane za wszystkie czasy”, bo „bez ustanku mozoliły się przy zdobywaniu owego chleba dla dziecka”

Bohater powieści: „Po kamienistej drodze” nie mówił matce o swoich synowskich uczuciach. Ona też nie mówiła o swoim poświęceniu i miłości, ale dialog kończący powieść ma wielką siłę wyrazu. Dla mnie tym większą, że właśnie „rybeczkami złotymi” nazywała swoje wnuczki kiedyś babcia i prababcia. Teraz ja mówię tak do swoich dzieci, a w tych słowach był zawsze i jest taki ogrom tkliwości i uczucia, że dodawać już nic więcej nie trzeba.

Oto wspomniany dialog kończący utwór:

„- Mamo...zawołał Karlik prawie szeptem

Co, rybeczko moja złota, co? – zapytała matka podnosząc głowę z zamyślenia

- Chleb przyniosłaś?

 - Chleb! To dla ciebie! – rzekła. – popatrz, jaki piękny! Wzięła rozłamany chleb w dłonie i podeszła z nim do syna”.

 

 

 

« Powrót