Silva rerum

W Betlejem2013-12-23

Kategoria: Aktualności

 

Do Bazyliki Narodzenia trzeba wejść przez drzwi pokory. Są tak niskie, że dorosły człowiek musi się mocno schylić. Zamurowano pierwotne wejście, żeby uniknąć ataków rycerzy, którzy konno wjeżdżali do środka. Betlejem oddzielone jest murem i żeby wyjechać z miasta do Jerozolimy leżącej w odległości zaledwie kilku kilometrów, musimy przekraczać granicę. Kontrolują uzbrojeni od stóp do głów żołnierze. To tu urodził się Chrystus, a na Polu Pasterzy Aniołowie zwiastowali zdumionym ludziom pokój.

***

Niektórzy mówią, że jest życie przed Jerozolimą i po Jerozolimie (a mówiąc: Jerozolima, mają na myśli Ziemię Świętą). Mają sporo racji, wyjazd do Ziemi Świętej staje się cezurą, sporo w życiu zmienia i inaczej widzi się to, co było w naszej wyobraźni utrwalone przez lata.

W połowie września polecieliśmy z kilkunastoosobową grupą znajomych do Izraela. Nie da się ukryć, że pobytowi na tej ziemi towarzyszy niepokój, czasem strach. Nie jest to ziemia spokojna, Wydarzenia w Syrii spowodowały, że nasz wylot do Tel Awiwu stanął pod znakiem zapytania. Sporo wycieczek i pielgrzymek zostało odwołanych, w efekcie rzadko widywaliśmy zatłoczone miejsca, co, jak mówił nam przewodnik, jest wielką rzadkością. Kiedy już znaleźliśmy się na miejscu, trzeba się było przyzwyczaić do uzbrojonych żołnierzy, kontroli, a zawartość mojej walizki, którą odebrałam po powrocie na lotnisku w Pyrzowicach, nie przypominała tej, którą spakowałam przed powrotną podróżą. Została wnikliwie przeszukana. Już wcześniej musiałam tłumaczyć, dlaczego mam w niej buty na koturnach i słoik miodu. Ostrożność wynika zapewne z nieustannego zagrożenia. I takie zagrożenie odczuwaliśmy. Mimo to chyba każdy z nas chciałaby tam pojechać jeszcze raz, bo rzeczywiście – jest życie przed wyjazdem do Jerozolimy i po powrocie. Inne życie, inne wyobrażenia i emocje.

***

Do Betlejem jechaliśmy z Galilei, mieliśmy za sobą widok niezapomnianego Jeziora po którym chodził Chrystus, na brzegach którego nauczał, gdzie powołał Apostołów. O tym mam nadzieję jeszcze przy innej okazji napisać. Przed nami było Betlejem i hotel prowadzony przez mnicha, którego jeszcze spotkamy wśród tych, którzy pilnują wejścia do Betlejemskiej Groty. Niewiele zobaczyliśmy w dniu przyjazdu, ale za to usłyszeliśmy częsty i głośmy śpiew muezina, wzmacniany przez głośniki, zawodzący, z nagła urywany jakby w pół słowa, by znowu za chwilę powrócić. Naprzeciwko hotelu, przed naszymi oknami widzieliśmy wyniosłą wieżę minaretu.

Wczesny ranek budzi nas znowu śpiewem muezina i widokiem miasta, które oświetla wschodzące słońce. Patrzę na ten widok z balkonu, fotografuję i w żadnym wypadku nie odpowiada moim wyobrażeniom o Betlejem. Widzę wzgórza, na nich jasne osiedla, domy o płaskich dachach, gdzieniegdzie zielone kępy drzew. Dominuje kolor jasny, różne odcienie beżu, brązu i biel.

***

Po śniadaniu (przyzwyczailiśmy się już do tutejszych przysmaków, znamy na przykład falafel, który przypomina nasze mielone, tyle, że bezmięsne, bo z ciecierzycy), jedziemy do najważniejszego miejsca w tym mieście. Czekamy przed wejściem do Bazyliki Narodzenia, tym, które zostało częściowo zamurowane, by stać się drzwiami pokory. Przed nami bazylika, która z tej perspektywy wydaje się mało interesującą budowlą, po drugiej stronie placu kolejny wysmukły minaret. Historyczny minaret. Pamiętam go z telewizji, bo kiedy oglądałam transmisję wizyty Jana Pawła II w Ziemi Świętej, pamiętam, jak wygłaszał kazanie, a muezin poczekał ze swoim modlitewnym śpiewem, a potem papież nie rozpoczął kolejnej części mszy, dopóki muezin nie skończył. To był wymowny ekumeniczny dialog. Teraz widzę to wszystko na własne oczy. Robi się coraz cieplej, wkrótce będzie gorąco.

W bocznej kaplicy odprawiona zostaje msza. Księża przynoszą figurę Dzieciątka, śpiewamy kolędy, upał pomaga przetrwać włączony wentylator, mamy też kupione w Polsce wachlarze. Okazują się bardzo przydatne. Zwłaszcza wtedy, kiedy po mszy stajemy w grupie prawosławnych pielgrzymów i powoli zbliżamy się do miejsca najważniejszego w bazylice – do Groty Narodzenia. Też wyobrażenia nie odpowiadają rzeczywistości. Surowe, wysokie mury, dziesiątki różnych lamp zwisających z sufitu, smukłe świece dające duszny, słodkawy zapach, ikony, srebro i złoto, ale głównie srebro i kontrast między surowymi murami i wielością dziwnie przypadkowych ozdób. Bazyliką opiekują się mnisi greccy i ormiańscy. Franciszkanie mają tu niewielką Kaplicę Żłóbka.

***

Zaczynamy schodzić wyślizganymi i niewygodnymi, półkolistymi schodami w stronę miejsca, gdzie według tradycji, narodził się Chrystus. Towarzyszy nam coraz większe wzruszenie, robi się coraz tłoczniej, coraz duszniej. I wreszcie widzimy czternastoramienną gwiazdę na popękanej posadzce. Każdy z nas podchodzi, całuje to miejsce. Mnich, który stoi nieopodal, nie pozwala dłużej się zatrzymać. Znowu zwisające nisko lampy, sporo kolorowych orientalnych tkanin, można jeszcze chwilę uklęknąć w okolicy, gdzie stał żłóbek. Trzeba wychodzić, następni czekają. Tylko tyle, czy aż tyle?

***

Bardzo trudno tu o skupienie, przeżycie wszystkiego, czego się doświadcza. Na to jeszcze przyjdzie czas. Jeszcze Grota Mleczna i mnóstwo świadectw rodzin, które modliły się o dziecko i modlitwa została wysłuchana. Znajdujemy świadectwa Polaków.

Potem idziemy przez miasto, słyszymy handlarzy, którzy chcą nam sprzedać owoce, różańce, figury Dzieciątka, szopki. Nauczyli się po polsku: „taniej, niż w Biedronce!” Zatrzymujemy się rozbawieni.

Wchodzimy na dach jednego z domów. Tak, tam też toczy się życie. Wspominamy ewangeliczne słowa o głoszeniu Dobrej Nowiny na dachach, spoglądamy na miasto z tej perspektywy.

A petem widzimy zupełnie inne Betlejem. Hałaśliwe targowisko, kobiety ubrane od stóp do głów, (jak wytrzymują w tym upale?), czasem niosące na głowach kosze, handlarze głośno chwalący swój towar, na stoiskach owoce granatu, nota bene często pijemy sok wyciskany specjalnym, ręcznie obsługiwanym urządzeniem; jabłka, banany, pomarańcze, mięso „dojrzewające” w upale, ozdobione pęczkami czegoś zielonego, chyba pietruszki, orientalne ubrania, naczynia, fajki wodne, które tu pali się w restauracjach i na ulicach. Nad tym wszystkim różnojęzyczny gwar i znowu tłok, więc trzeba pilnować, żeby się nie zgubić.

***

Kupujemy pamiątki w sklepie poleconym przez naszego przewodnika, wykonane z drzewa oliwnego: krzyże, szopki, figurki; oryginalne, zielone kamienie z Ejlatu, obrazki z zasuszonymi roślinami z Ziemi Świętej, różańce.

Potem wyjazd na Pole Pasterzy. Piękny widok na wzgórza, jasny kościół z monumentalnym Aniołem nad wejściem, malowidła na ścianach o tematyce bożonarodzeniowej i znakomita akustyka. Zamyśleni śpiewamy kolędy, głos się niesie: „A my do Betlejem…”. Aż żal wychodzić stąd na gorący dziedziniec, a stamtąd znów do chłodnej niskiej groty. Po drodze mijamy różne odmiany kaktusów. Piękne, oryginalne. W tej grocie podobno pasterze usłyszeli nowinę o Narodzeniu, to oczywiście tradycja, ale przynajmniej możemy już sobie teraz wyobrazić, jak taka grota mogła wyglądać. W głębi przygotowano dekoracje przypominające o Bożym Narodzeniu – figurki Aniołów, szopka, jak w naszej wyobraźni, jak w naszych kościołach.

Nasz busik jedzie już w stronę hotelu, czas wypocząć, ale nagle pięć osób podejmuje decyzję: wysiadamy, idziemy z powrotem do bazyliki. Jesteśmy wprawdzie zmęczeni, ale warto było. Schylamy się nisko, wchodzimy drzwiami pokory, słyszymy nawoływanie muezina i trwające równolegle w różnych kaplicach nabożeństwa według różnych obrządków – śpiewają ormianie, grekokatolicy, rzymscy katolicy. Każdy inaczej, a jednak podobnie, o modlitwę tu przecież wciąż chodzi, choć wiele jest zazdrosnego strzeżenia swojego kawałka świątyni. Tak będzie też w Jerozolimie i ten podział bardzo przeszkadza zrozumieć istotę nauki Chrystusa - nie o to przecież chodziło.

Schodzimy do groty Świętego Hieronima, tłumacza Biblii, który swoje ostatnie lata spędził w tym miejscu i tu umarł w 419 roku. Otacza nas zamierzchła historia. Czas wracać. Spróbujemy jeszcze raz stanąć w kolejce do Groty Narodzenia. Okazuje się, że kolejka zniknęła, drzwi już zamknięto. Mnich, dowiedziawszy się, że jest nas tylko pięcioro, otwiera je dla nas. Niepowtarzalna okazja, jesteśmy sami. Możemy wejść jeszcze raz, nikt nas nie popędza, możemy pobyć dłużej w miejscu, gdzie, jak głosi tradycja Matka porodziła Syna, rąbek z głowy zdęła, w który Dziecię owinąwszy, siankiem Je okryła…

I nie można znaleźć słów, żeby opisać wrażenia i przeżycia towarzyszące takim chwilom.

Powtórzę tylko na koniec: jest życie przed Jerozolimą i po Jerozolimie; jest życie przed Betlejem i po Betlejem. Inne życie.

 

 

« Powrót